Klub książki: Beata Stasińska o Ingeborg Bachmann

'Kocham cię i nie chcę cię kochać'. 'Jedno twoje słowo - i mogę żyć'. To nie są cytaty z taniego romansu. Tak piszą do siebie przyszli samobójcy, wielcy poeci XX w. Ingeborg Bachmann i Paul Celan. Zaklinają się i nienawidzą, wracają, by w końcu bezpowrotnie odejść.

Pod koniec lat 60. Ingeborg przystępuje do pracy nad cyklem powieściowym 'Rodzaje śmierci'. Powstaje tylko pierwsza jego część - wydany w 1971 r. 'Malina', powieść miłosna, powieść wyznanie i heroiczna, bolesna autoanaliza. 26 września 1973 r. w rzymskiej klinice na skutek poparzeń umiera Bachmann. Trzy lata wcześniej tonie w Sekwanie Celan. Byłoby dużym nadużyciem twierdzić, że ten nieudany i tak naprawdę krótkotrwały - choć ważny dla obojga - związek stał za tragiczną śmiercią żydowskiego ocaleńca z Czerniowiec i córki austriackiego nazisty z Klagenfurtu, noszonej przez tatusia na barana podczas faszystowskich parad. A jednak to ten związek, niczym bohaterki 'Maliny', okazał się 'pierwszym wcieleniem całkowitego marnotrawstwa, ekstatycznym i niezdolnym do rozsądnego korzystania ze świata'. Reszta była powtórzeniem.

Malina to najważniejszy w życiu bohaterki mężczyzna - postać wzorowana na Paulu Celanie. Narratorka tkwi w widmowym nieistnieniu między dwoma kochankami: witalnym i wyznaczającym granice zaangażowania Ivanem oraz Maliną, który staje się jej przeznaczeniem. Jeszcze sprawdza, na ile ta dwoistość daje jej więcej wolności wyboru, pola gry czy dystansu do samej siebie i do mężczyzn, z którymi żyje. Na końcu jednak wybiera klęskę, godzi się sama ze sobą. Dla Maliny wyrzeka się siebie, oddaje się mężczyźnie całkowicie, uznając, że sama istnieje tak długo, jak długo jej dar jest przyjmowany. Rozpisany na lata akt samozagłady podsumuje słowami: 'Nigdy nie byłam szczęśliwa, na koniec widziałam jednak piękno'.

Powieść Bachmann to fascynujące studium uzależnienia kobiety od mężczyzny, rozpisane na wszystkie prócz taniej erotyki detale. Życie z Ivanem, który nie kocha i nad drugiego człowieka przedkłada przyjemności, i życie z Maliną, którego bohaterka 'nigdy nie straci, choćby zatraciła się sama', pozostaje nadal życiem pomiędzy, życiem dla kogoś, nigdy dla siebie samej. Ofiara buntuje się przeciw duchowemu wywłaszczeniu, próbuje dojść jego istoty, ale jedynym owocem tego buntu jest świadomość głębokiego uzależnienia i błagalny hymn o 'dniu, w którym wszyscy ludzie będą wolni, także od wolności, do której dążyli'.

'Malina' to powieść niewygodna, nie dość przetrawiona przez czytelników, zwłaszcza w Polsce - przez lata zapomniana, by nie powiedzieć wyparta. Bachmann zbyt szczerze i uczciwie przyznaje się do pięknej klęski i zbyt bolesną samowiedzą dzieli się z czytelnikiem. Zbyt dużo w tej powieści psychicznego okrucieństwa i bezradności, i bólu, z którym nie wiadomo, co zrobić.

Szukając przyczyn kobiecego losu, Bachmann pisze 'o infekcjach, których nabawiają się kobiety, współczując cierpieniu'. Męsko-damskiej psychomachii, która w najdoskonalszych partiach 'Maliny' przybiera formę operowego, miejscami tragikomicznego libretta (Bachmann stworzyła w swoim życiu dwa), towarzyszą koszmary senne z udziałem ojca - pierwszego mężczyzny, od którego uzależniła się i uciekała przez całe życie Ingeborg i bohaterka powieści. W 'Malinie' jest on 'tym trzecim'. W kolejnych dusznych snach wracają obrazy dzieciństwa, ślady przemocy wobec córek, bezsilność matki i wszechwładza ojca gotowego posunąć się aż do psychicznego kazirodztwa. 'To jest cmentarz pomordowanych córek' - ogłasza władca.

Miłość do ojca jest pierwszą, najtrudniejszą lekcją błagania o uczucie. Dzieciństwo i dojrzewanie dziewczyny wypełniają ćwiczenia z umiejętności współczucia i zrozumienia ojca, którego się kocha i któremu się wybacza w nadziei na miłość z jego strony. Dorosła córka pisze do różnych mężczyzn u władzy listy, których nigdy nie wysyła. Nauczona, że mężczyzna tego, co kobieta pragnie mu powiedzieć - jeśli zechce - może nie czytać, nie wysłuchać. Tak jak jej nietykalny i obojętny ojciec nie słuchał, gdy córka krzyczała do niego: 'Nienawidzę cię bardziej od mojego życia!'. W sennym koszmarze chce jej wyrwać język, oślepić ją , zakrzyczeć, poniżyć i raz na zawsze uczynić posłuszną. Odpowiedź córki brzmi: 'To nie jest mój ojciec. To jest mój morderca'. W tym świecie szuflad pełnych niewysłanych listów mężczyzna zazwyczaj odchodzi. Dla kobiety doświadczenie końca i oddalania okazuje się gorsze od wszelkich kłótni i nieporozumień: 'Żyłam w Ivanie i umierałam w Malinie'. Historia musi się powtórzyć, powieść zatem zamykają słowa: 'To było morderstwo'. Bachmann trzeba czytać niespiesznie, z przerwami na oddech i widok za oknem, bez kobiet i mężczyzn. Ale czytać trzeba. Nawet jeśli nasi ojcowie nie byli tak zaborczy i wszechwładni, a mężczyźni tak obojętni.

Beata Stasińska
Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

2012-08-09 00:00:07