O aktorstwie i nie tylko. Alfabet Karoliny Gruszki.

Najpierw "Lipiec" w Teatrze Na Woli, potem "Taniec Delhi" w Narodowym. Te dwie nieoczywiste, porażające role w sztukach Iwana Wyrypajewa przyniosły aktorce entuzjastyczne recenzje, uznanie widzów, nagrody.

Karolina Gruszka, aktorka, która na plan filmowy trafiła jeszcze jako dziecko, absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej, pracuje z rosyjskim dramaturgiem, reżyserem i aktorem Iwanem Wyrypajewem już od ponad trzech lat (prywatnie jest jego żoną). W Moskwie przygotowują właśnie premierę nowej sztuki Wyrypajewa "Iluzje". Kręcą też film według "Tańca Delhi".

W naszym wakacyjnym cyklu przedstawiamy osobowości, które wyróżniły się w ubiegłym sezonie kulturalnym. Dziś Alfabet Karoliny Gruszki.

Aktorstwo. W aktorstwie nie jest najważniejsze samo... aktorstwo. Najważniejsza jest rozmowa z widzem.
Aktorstwo to wybór. Nie oddzielam swojego życia zawodowego od życia prywatnego. Ale to nie znaczy, że zatracam się w swoich rolach. Nie potrafię być jednym człowiekiem na próbie od godz. 10 do 14, a innym w przerwie. Dlatego tak ważne jest dla mnie to, nad czym pracuję. Chcę, żeby temat, o którym opowiadam poprzez rolę, naprawdę mnie niepokoił. Staram się tak tym wszystkim kierować, żeby nie tylko nie dopuszczać gwałtu na moim organizmie, ale wciąż szukać dla siebie nowych inspiracji.

Boża podszewka. Chodziłam na zajęcia do Teatru Muzycznego Pantera, śpiewałam, tańczyłam. Na jakiejś próbie zauważył mnie Jacek Cygan, zaprosił do swojej „Dyskoteki Pana Dżeka”. Tam z kolei zauważył mnie ktoś inny. I tak trafiłam na plan do pana Krzysztofa Zanussiego. Moja rola była nieznacząca, ale zdjęcia zostały w agencji aktorskiej Jerzego Gudejki. Ktoś zaprosił mnie na casting, którego zresztą nie wygrałam, a z tego castingu polecono mnie pani Izie Cywińskiej. I trafiłam do „Bożej podszewki”. To już była poważna sprawa, kilkadziesiąt dni zdjęciowych. Pani Iza stała się takim moim aniołem stróżem. Rodzice mieli do całej tej mojej aktorskiej przygody bardzo zdrowe podejście i odpowiednią dozę nieufności. Absolutnie nie mieli takiej potrzeby, żeby realizować się poprzez swoje dzieci. Przyglądali się temu, żeby gdzieś się nie zachwiały proporcje tego, co jest ważne.
"Boża podszewka" to bardzo piękna część mojego dzieciństwa. Pamiętam krowę, z którą się wtedy zaprzyjaźniłam.... Ważne było to, że na planie spotkałam takie, a nie inne aktorki. Patrzyłam na nie i myślałam, że aktorstwo to nie tylko praca. To wybór.

Don Kichot. Ulubiona postać literacka. Bo ma w sobie piękny wewnętrzny smutek. Bliski. Taki smutek w sobie mam, ale bardzo go lubię. Wydaje mi się on jakoś cenny. Broń Boże, nie ma on nic wspólnego ze stanami depresyjnymi czy z jakimś rozczarowaniem. Jest w tym doza romantyzmu. Jest poczucie, że wszystko przemija. I jest uśmiech.

Euforia. To tytuł filmu Iwana Wyrypajewa. „Euforię” pierwszy raz oglądałam na festiwalu w Kijowie. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie, dlatego zdecydowałam się podejść do reżysera i mu podziękować. Tak się poznaliśmy. Pamiętam bardzo dobrze emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania filmu. Ujęła mnie... jego szczerość. Poczułam, że ten film ze mną rozmawia. Podobała mi się strona wizualna, aktorstwo, ale przede wszystkim energia.
A euforia to taki stan, który kojarzy mi się z natłokiem pozytywnych impulsów, pozytywnych emocji, wspomnień, marzeń o uczuciach, o relacjach. Natomiast mnie w tej chwili dużo bardziej pociąga stan spokoju.
Stan euforii jest iluzoryczny. Jest takim stanem, po którym nieuchronnie przychodzi cierpienie. Mnie ciągnie do tego, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Iluzje. Nowy tekst Iwana Wyrypajewa, nad którym pracujemy teraz w Moskwie, ma tytuł „ Iluzje”. To bardzo poetycka, ale „niewygodna” sztuka. Niosąca świetlistą energię, ale bezwzględna. Mówi o tym, że wszystko na tym świecie jest niestałe. Przewiązujemy się do tego, co wydaje się trwałe, a za chwilę tego już nie ma. Przez ostatnie miesiące rozmawiamy na próbach o niestałości, o umieraniu. Czy jest możliwe przygotować się do śmierci? Czy można pięknie umrzeć? Czy śmierć w ogóle istnieje?

Jazda bez trzymanki. Kojarzy mi się z aktorstwem ekshibicjonistycznym. Takim, w którym aktor zatraca się absolutnie. Jest mi to zupełnie obce jako aktorce. I źle się czuję, oglądając coś takiego jako widz. W pewnym sensie jest tu cienka granica. Można zostać zmanipulowanym przez reżysera. To dość częste w dzisiejszym teatrze. Ale łatwe do rozpoznania.
Teatr, który mnie interesuje, teatr bez tzw. czwartej ściany, to z jednej strony ryzyko, a z drugiej poczucie bezpieczeństwa. Ryzyko w tym sensie, że wychodzi się na scenę ze swoimi odczuciami i trzeba się otworzyć. Nie ma postaci, za którą mogłabym się schować. Na scenie stoję ja i to ja proponuję widzom rozmowę, a postać jest tylko moim narzędziem pracy.
Nigdy nie jestem pewna, jaka będzie reakcja zwrotna.
Poczucie bezpieczeństwa, bo mam zaufanie do reżysera, z którym pracuję, jestem przekonana do tekstu, który mam do powiedzenia, jest on dla mnie ważny. Wiem, po co wychodzę na scenę. Muszę się tylko odważyć. Ale robię to świadomie. Jestem świadoma środków, których do tego używam. To wynik procesu twórczego, który miał miejsce podczas prób, a nie przypadek.

Kompromisy. Zależy jakie. Jeżeli chodzi o zawód, to jest jeden kompromis, którego smaku na pewno nie chce poznać. Nie zamierzam niczego robić wyłącznie dla pieniędzy. To jest całkiem takie niezłe kryterium, prawda?

Potrzeba zmiany. Myślę, że takie decyzje nie biorą się znikąd. Od dłuższego czasu była we mnie w środku potrzeba zmiany. Wierzę, że taka jest kolejność. Żeby w twoim życiu mógł wydarzyć się prawdziwy przełom, musisz tego bardzo chcieć. Na pewno to, że spotkałam Iwana, bardzo mi pomogło tę zmianę przeprowadzić. Czułam, że ponoszę ryzyko. Zrezygnowałam z drogi, która wydawała się w miarę stabilna. Ale przecież właśnie po to wybierałam taki, a nie inny zawód.
Nie uciekłam do Moskwy. Nie uciekłam. Ostatnio rzeczywiście więcej pracuję w Rosji. W tej chwili nad dwoma filmami. Pierwszy to film debiutantów, gram główną rolę Rosjanki wywiezionej z dziećmi w czasie II wojny światowej do Uzbekistanu. Drugi robimy z Iwanem na podstawie "Tańca Delhi", jesteśmy w połowie zdjęć. We wrześniu mamy w Moskwie premierę "Iluzji". Jednak już kolejny spektakl planujemy przygotować w Warszawie.

Rosja. Ostatnio, kiedy wróciliśmy z Iwanem do Warszawy po kilku tygodniach prób w Moskwie, miałam takie wrażenie, że czuję się tak, jakbym przyjechała z wycieczki z plecakiem po górach do 3-gwiazdkowego europejskiego hotelu, gdzie jest miło, bo ciepła woda, pachnąca pościel, dobre jedzenie, uśmiechnięci ludzie. A jednak wewnętrznie bardziej mobilizujące są te górskie wycieczki. Kiedy opowiedziałam o tym Wani, śmiał się, że te góry to chyba były bardzo zanieczyszczone.
Rosja to kraj, w którym - przy wszystkich negatywnych odcieniach i wszystkich jego mrocznych stronach - czuć wielki potencjał duchowy. On tam jest. To wisi w powietrzu na co dzień. W Polsce to trochę przygasło. My dążymy do wartości demokratycznych.

Rosjanie. Widzę u Rosjan taką cechę, której my nie mamy - całkowity brak kompleksów. Z jednej strony, grozi to zarozumialstwem. Ale z drugiej, rodzi się coś pozytywnego. My w Polsce ciągle mamy poczucie, że najlepiej jest na Zachodzie. Wciąż staramy się do tych wzorców zachodnich doskoczyć. Ich to kompletnie nie obchodzi, a dzięki temu mają odwagę w wyrażaniu siebie takimi, jakimi są. Bez udawania. Mają wiarę w to, że mogą tworzyć i tworzą najbardziej postępowe, nowatorskie rzeczy na świecie. Pozwala im to kształtować swój światopogląd. Mają dużo do powiedzenia, szczerze, od siebie.

Śmiertelni nieśmiertelni. Książka Kena Wilbera. Jedna z najważniejszych, jakie czytałam. Właśnie udało mi się przygotować audiobook z tą powieścią. To mój autorski projekt. Takie ukochane dziecko. „Śmiertelni nieśmiertelni” to wstrząsający zapis niezwykłej miłości i bardzo pięknej śmierci. Prawdziwa historia związku Wilbera i jego żony Trei. Z jednej strony, niezwykle inspirująca opowieść o kobiecej duchowości, z drugiej - okazja, by zapoznać się ze światopoglądem samego Wilbera, genialnego amerykańskiego psychologa, filozofa, orędownika psychologii integralnej. Często toczę z Wilberem wewnętrzne spory. W „Śmiertelnych nieśmiertelnych” narracja Wilbera przeplata się z listami i fragmentami dzienników pisanymi przez Treyę. Chciałam, żeby na płycie brzmiały dwa głosy. Kobiecy i męski. Zaprosiłam do współpracy aktora Jakuba Kamieńskiego. Michał Brzozowski napisał piękną muzykę.

Taniec Delhi. Taniec Delhi - to taniec idealny. Taniec akceptacji, taniec, który przemienia ból w piękno. Kiedy pracowałam nad rolą Katarzyny, która jest twórczynią tego tańca, zastanawiałam się, jak ją pokazać na scenie. Jak uchwycić jej wrażliwość, prostotę, samoświadomość, przekazać jej mistyczne doświadczenie. Wraz z reżyserem Iwanem Wyrypajewem doszliśmy do wniosku, że jedyne, co jako aktorka mogę zrobić szczerze, uczciwie, to opowiedzieć o niej, tak jak ją rozumiem, czuję. Widz nie ma uwierzyć w to, że jestem Katarzyną. Moim zadaniem jest zaproponowanie rozmowy na jej temat i na temat jej tańca.

Wegetarianizm. To wegetarianizm w życiu i w sztuce. Staram się tym, co robię: jak jem, ale też jak wykonuję swoją pracę, jak żyję... sobie pomagać. Myślę, że to jest bardzo ważne w życiu i w teatrze również, żeby się oczyszczać. Oczyszczać z tego, co nas hamuje; z lęków, z kompleksów, których mamy w sobie tak wiele. Kiedy w Teatrze Na Woli grałam „Lipiec” bardzo często miałam takie wrażenie, że coś się we mnie uwolniło. Że udało się wejść na bardzo wysoki poziom energetyczny. Bezcenne uczucie.

Dorota Wyżyńska
Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

2011-08-10 10:16:53